28 kwietnia 2016

Instagram, jakiego jeszcze nie znasz



Polecanki, macanki, a głupiemu radość. Albo jakoś tak.

Polska blogosfera podróżnicza jest duża i zróżnicowana, ale tak czy siak każdy zna każdego. Anita zaprosi Ewę na festiwal, Jakub napisze o Marcinie, czy na odwrót. Pojechana pojedzie do Julii, a inna Ewa wyląduje w końcu na Rozdrożach albo chociaż zdecyduje się na Skok w Bok.

Te blogi czytam ja i na 99% czytasz je Ty.

A gdyby tak pogrzebać głębiej i podzielić się instagramowcami spoza głównego nurtu? Albo nawet spoza branży?

Wiadomo, pozostaniemy w temacie. Podróże, krajobrazy, ludzie, jakiś lajfstal, trochę słodkości, wszyscy autorzy "made in Poland". Konta, które uwielbiam, tak jak i uwielbiam konta powyższych. Jedyna różnica - tych możesz jeszcze nie znać. 

@zlystarysierzant - Tomasz Kobza


Tomek to pokazuje piękno w brzydocie i hipnotyzuje zdjęciem. Nie potrafię się oderwać, szukam  nowych szczegółów, analizuję. Taka powinna być fotografia! 



@tailsofwonders - Aleksandra Bogusławska


Blogerka podróżnicza (znacie? Pewnie nie znacie!), która czaruje barwnymi obrazami i scenkami z życia.


@ewkaphoto - Ewa Kalinowska


Ewa dzieli sie pięknymi, spokojnymi fotografiami polskich gór. Wystarczy, że na chwile zajrzysz na jej profil i świat znowu staje sie piękny. I przestaje tak gonić.


@thefleetingday - Małogosia Frej


Profil Małgosi obserwowałam już w czasach, gdy jeszcze dziecia nie było w planach...
A tak na serio, faktycznie, ostatnio trochę więcej tematów parentingowo-rodzinnych, ale nadal piękne, zmysłowe zdjęcia. Lubię to!


@mymalaga - Joanna Karońska


Polubiłam dawno temu, ze względu na miłość do Malagi. Teraz co jakiś czas wyrywa mi sie ogromne WOW. Fajnie, gdy ktoś lubi, to co robi i fajnie, gdy widać takie postępy.



@eneyaa - Agata Bewicz


Osobista siorka, za to jedyna, więc możecie wybaczyć tę pół-prywatę. Lubię kierunek, w którym się rozwija i liczę na to, że zdjęcia będą ukazywały sie częściej. I to zanim uzbiera na lustrzankę.


@podrozemaleduze - Karo i Kuba


Idealne proporcje: podróże, industrialne krajobrazy, ludzie. Ciekawe spojrzenie na świat.



@dembik_ - Aga De


Konto <prywatne>, ale założę się, że przyjmie, jeśli do niej zapukasz.
Update: Dembik otworzył się na świat!



@justyna_zdunczyk - Justyna Zduńczyk



Zakochałam się w jej reportażach ślubnych. Potem poznałam jej sesje dla różnych magazynów czy marek. W końcu przyszła pora na krajobrazy.  Jestem przede wszystkim fanką jej ludzi.


@marzeniami_zyje - Agnieszka Bauza


Lubię jej eksperymenty z makro i kolorami. Gdy akurat nie chce się jej eksperymentować, odgrzewa kotlety, ale później daje czadu podwójnie!



@katarzynamach - Katarzyna Mach


Odkryłam całkiem niedawno, ale od razu przepadłam. Mroczne, bardzo "malarskie" fotografie. Zostają w pamięci!


@korzeniec_portfolio - Krzysztof Korzeniec


Kolejne świeże odkrycie. Czaruje światłem i cieniem, a ostatnio również  bosko uchwyconymi modelami.


@malaiduzywpodrozy - Hanja i Michał


Za zdjęcie w profilu, za niesztandarowe kadry i za fajne miejsca, które odwiedzają!


@adamlawnik - Adam Ławnik


Fotografia to fascynująca gra światła i cienia, a Adam opanował ją do perfekcji. Jego filtry? Mgła i chmury!


@jkrzeszovskyphotos - Janusz Krzeszowski


Last but not least. Odkryłam całkiem niedawno i znowu przepadłam. Polska, Polska i jeszcze raz niebieska godzina.




A Ty? Podzielisz się swoimi typami?


PS. Ja jestem tu: @kasiabewicz

25 kwietnia 2016

Tessin ach Tessin, a nawet Ticino

Tekst był... i go nie będzie. 

Za dużo biadolenia, zwieszania głowy, marudzenia. 

Krytyk przeczytał i krytyk powiedział: to nie Ty!

Więc nie przeczytacie, jakie przejścia miewałam ze słonecznym szwajcarskim kantonem Ticino (niem. Tessin).

Nie przeczytacie, jak bardzo wkurzała mnie nieustająca ulewa, zimno, niewykorzystany potencjał foto i nieodbyte wędrówki.

Nie poznacie czarnej strony mocy, o nie!

Zobaczycie zdjęcia, po części z doliny Verzasca, po części z doliny Maggia. Na chwilę ukaże się Lago Maggiore i nawet stolica kantonu - Bellinzona. 

Może zachęcę Was do wyprawy na południe Szwajcarii, a może nie. 

Może zamarzy Wam się polenta i gnocchi w jednej z tessinskich grotti, kto wie.

Oglądajcie, delektujcie się i dajcie znać, jak smakowało!



Sonogno

Sonogno




Droga do Mordoru





W drodze powrotnej na chwilę się przejaśniło - Lago Maggiore



Bellinzona - stolica kantonu Ticino







7 marca 2016

Kizimkazi - zanzibarska ziemia obiecana



Nasz pierwszy domek z liści palmy kokosowej

Szybko odnalazłyśmy się w nowym otoczeniu i rozpoczęłyśmy leniwe wyspiarskie życie w leniwej wyspiarskiej wiosce Kizimkazi. Nie zaprzeczę, że bardzo bliska stała mi się dewiza życiowa mieszkańców Zanzibaru – pole pole. 

Agi łóżko ;)

Nawet w moim głosie słychać było głębokie odprężenie, które co poniektórzy zinterpretowali jako efekt używania zanzibarskich pomidorów. Bo musicie wiedzieć, że wyspa ta wcale nie pachnie goździkami, z każdego kąta dobiega nas aromat… marihuany -  zanzibarskich pomidorów właśnie.

Nasz kolejny domek, po prawej woda!

Rytm życia wyznaczały nam pływy morza. Nie można wstawać zbyt późno, bo morze sobie pójdzie i nici z porannej, orzeźwiającej kąpieli. Dopiero potem bez żalu obserwowałyśmy jego odwrót, zazwyczaj błogo czytając pod palmą, w jednym z wielu hamaków. 

Czytelnia z widokiem

Po pewnym czasie plaża była na tyle duża, że aż zapraszała do spacerów i poznawania dna morza. Albo do wyprawy do wsi czy do tak zwanego hotelu widma (w jedną stronę koniecznie przejdźcie buszem!), niesamowitego, luksusowo wyposażonego miejsca, które od 14 lat niszczeje, dzięki niekończącym się sporom o prawo własności. Okoliczni mieszkańcy opowiadają o wielkiej imprezie na otwarcie, które w ostateczności nigdy nie nastąpiło.

Plaża przy opuszczonych domkach

Hotel powoli poddaje się naturze, ale nadal z nadzieją czeka na pierwszego gościa. I tylko czasem odbywają się tam imprezy. Imprezy duchów i imprezy żyjących, którzy przekupują koczujących tam młodych Masajów, przywożą sprzęt i w niektóre weekendy świętują na plaży. Niestety nie udało nam się załapać, ale w końcu wszystko przed nami, prawda?

Domek z widokiem

Powrót do naszego domku na plaży oznaczał jedno – jeszcze tylko chwila i znowu będzie można przenieść się w inny świat, ten podwodny. Wyposażone w rurkę i maskę nie wychodziłyśmy z wody aż do momentu, gdy skóra na dłoniach i stopach nie przypominała już części ludzkiego ciała. Wymoczone i wymęczone udawałyśmy się pod prysznic, żeby zmyć słoną wodę. Słoną wodą z prysznica. Takie życie, za to nasza łazienka miała sufit z idealnie odwzorowanym gwiaździstym niebem (naprawdę wyglądał jak prawdziwy i gdy na zewnątrz padało, nawet idealnie to odwzorowywał!) – kto z was może to o swoim suficie powiedzieć?

Woda wróciła!

Noce były gorące. Dla jednych z powodu temperatury na zewnątrz, która nieznacznie schodziła z poziomu 30 stopni, dla innych dzięki nocnym uciechom i odnalezionej na drugim końcu świata „połówce”. Ja wybrałam sen, żeby odespać w końcu standardowe pobudki o szóstej i żeby nabrać sił na następny tydzień, pełen jeszcze gorętszych nocy… ale o tym już w kolejnym odcinku!

Gorące noce poprzedzały gorące zachody słońca

Czy jeśli powiem, że dowiecie się czegoś w kolejnym odcinku, musi oznaczać to, że ten odcinek skończyłam? Możliwe, ja jednak nie mam ochoty kończyć!

Widzicie bujawkę i ławki? Tam, przy ognisku, spędzaliśmy każdy wieczór

Nie opowiedziałam wam jeszcze nawet połowy tego, co spotkało nas w Kizimkazi. A spotkała nas np. rosyjska sex-maszyna i cała Rosyjska wycieczka, która na śniadanie przychodziła z własną wódką (Aga, to było śniadanie,  prawda?). I dwie słodkie Norweżki, Emilie i Kristin, rozpoczynające właśnie swoją podróż wkoło świata, które wiedząc, że się przeprowadzamy, anulowały swój pobyt i pojechały za nami i już latem odwiedzą mnie w Szwajcarii. 

Kristin i Emilie po 2-godzinnym trekkingu wpadły na pomysł użycia czegoś przeciwsłonecznego

I pewna duńska para, której ładniejsza połówka chętnie drinkowała wieczorami i przy ognisku opowiadała swoje życie, a ta brzydsza połówka wypływała wtedy w morze, by przywieźć ogromnego tuńczyka dla całego „obozu”. I nawet bym go spróbowała, gdybym już wcześniej nie straciła wszelkiej wiary w kulinarne zdolności naszych chłopaków z kuchni (kołkiem do trumny było zatrucie się… tuńczykiem właśnie).

Nasza jadalnia

 I o parze młodych Niemców (na bank z Frankfurtu), którym prawie udało się zburzyć mój stoicki spokój. I o Isoldzie z Niemiec, której tłumaczyłam wiadomość do organizatorów letniego festiwalu piwa we Wrocławiu – dlatego jeśli spotkacie się tam z niemiecką kulturą, wiedzcie, że to moja zasługa!

Bar

 I o Shebi, właścicielu całego przybytku, który chętnie dzielił się swoim życiem i życiem wyspy. I który tylko raz w życiu widział fajerwerki – gdy po drugiej stronie, na stałym ladzie w stolicy kraju Dar es salaam, wybuchł wojskowy skład amunicji. I o Maliku, naszym barmanie, który znienawidził mnie za stałe krytykowanie puszczanych przez niego (wciąż tych samych!) love songs. Chociaż jedno mu trzeba przyznać – na niektóre laski to działa!

Można się zakochać...

I o przesłodkim Peterze z kuchni i o naszym organizatorze rozrywek Ali Simbie, który pewnego poranka, gdy świat właśnie próbował się skończyć i wybuchnąć jak skład amunicji w Dar es salaam, zabrał nas łódką na poszukiwanie delfinów, zapewniając wciąż, że delfiny kochają taką pogodę i że ta chmura już na pewno była ostatnią. Jedno trzeba mu przyznać, klimat był niesamowity, a i słodkowodnym prysznicem nie pogardziłyśmy! I o szalonych psiskach, uwielbiających podgryzać moje biodra (don’t ask), o szczeniaczkach i trzech mini-kocurkach, z których dwa są tak do siebie podobne, iż długo myślałyśmy, że to jeden i ten sam zwierz. Aż zwierz się rozdwoił i pokazał w dwóch egzemplarzach.  



Piękny był to czas, piękne miejsce i piękni ludzie.