Londyn w pigułce

środa, marca 27, 2013 Kasia na Rozdrożach 21 Comments


Po przejrzeniu ponad 1600 zdjęć i wybraniu z nich mniej więcej 200, które się nadają, po wyleczeniu (prawie całkowitym) strajkującego kolana, w końcu mogę zabrać się za relację z podróży. Nasza wyprawa trwała 4 pełne dni (nie licząc czwartkowego wieczoru, który spędziliśmy u naszych gospodarzy i wtorkowego przedpołudnia przed odlotem) i była wypełniona po brzegi. Coś mi się wydaje, że życia by nie starczyło, aby zgłębić wszystkie tajemnice Londynu, my jednak staraliśmy się poznać i zobaczyć jak najwięcej. I gdyby tego bloga nie czytały dzieci (oraz moi rodzice!!), napisałabym Wam, co zdaniem Sylwii zrobiliśmy z Londynem w ciągu tych czterech dni. Możecie spróbować się domyśleć ;)
Co do relacji, postanowiłam trzymać się chronologii, a nóż widelec ktoś się zainspiruje? Będą dwie części (a może nawet trzy?), bo nie udałoby mi się upchnąć tego wszystkiego w jednym poście. A więc, zaczynamy!
PIĄTEK
Jedna z pierwszych myśli: nigdy, przenigdy nie chciałabym tu mieszkać. Siąpiący deszcz, przeszywający wiatr i okropna migrena stworzyły mieszankę wybuchową, ale nie uprzedzajmy faktów…


Nasi gospodarze mieszkają w Eltham, jednej z południowych dzielnic Londynu. Po około 20 minutach autobusem (dwupiętrowy, a jak!) znaleźliśmy się w North Greenwich pod Areną O2, w której regularnie odbywają się koncerty gwiazd wielkiego formatu. W stronę centrum dostać się możemy stamtąd na kilka sposobów. Jest i metro, i statki (wspomniany już wcześniej Thames Clipper), jest i zasponsorowana przez Emiratczyków kolejka linowa nad Tamizą. Zdecydowaliśmy się na tę ostatnią opcję. 


Później kolejka miejska i po niecałych dwóch godzinach (przesadzam?) byliśmy już w centrum. Spacer po Tower Bridge (w złym kierunku) zaprowadził nas gdzieś na peryferie. Po godzinie marszu zdecydowaliśmy się na autobus. I wtedy cud! Po około 20 minutach jazdy znowu byliśmy w centrum (tym razem ja miałam być naszym przewodnikiem, ale nie lubię map!).  Jako ze jazda autobusem okazała się o wiele przyjemniejsza od spaceru, jeszcze kilka razy zmieniliśmy linie i popatrzyliśmy na Londyn z góry. Z autobusu wygonił nas w końcu głód ;) Po zaspokojeniu potrzeb, zrobiliśmy to, co każdy turysta w Londynie zrobić musi. Zdjęcie pod Big Benem, zdjęcie z policjantami pod parlamentem, zdjęcie M&Msów w „Świecie M&Ms”, zdjęcie reklam na Piccadilly Circus ;) 





brytyjska flaga



A potem przepadliśmy. Do National Gallery weszliśmy tylko na chwilę,  bo niesamowity ból głowy (który zdążył się też udzielić Philippowi) jakoś nie zachęcał do obcowania ze sztuką. Wyszliśmy po 3 godzinach, po obejściu wszystkich sal i dyskusji na temat wyższości Moneta nad Manetem. Zdjęć niestety nie ma, obowiązuje zakaz fotografowania.



Piątkowy wieczór upłynął z kolei na świętowaniu urodzin Sylwii w polsko-francusko-litewsko-niemieckim towarzystwie oraz leczeniu bólu głowy polskim piwem (pomaga!).


SOBOTA
W sobotę, w czasie, gdy większość uczestników zabawy jeszcze odsypiała, my zaczęliśmy przygotowania do kolejnego starcia z Londynem (i żywiołem!). Podwójne skarpety, do tego pożyczona kurtka z kapturem i kalosze (ja) oraz ocieplana kurtka przeciwdeszczowa i trapery (Philipp) – i byliśmy gotowi do drogi.
W strugach deszczu udaliśmy się do dzielnicy Notting Hill, aby poczuć atmosferę odbywającego się co tydzień w weekend Portobello Market. W strugach deszczu oglądaliśmy stoiska ze starociami, jedzeniem z różnych stron świata i kramem dla turystów. Posłuchaliśmy muzyki na żywo i  stwierdziliśmy, że rynek jak rynek, a nasz czerwcowy Flohmarkt jest lepszy o całe lata świetlne ;)



Kolejny przystanek to Sir John Soane´s House – dom tego niezwykłego architekta, twórcy m.in. Bank of England, po jego śmierci przekształcone w muzeum. Jeśli chcecie przenieść się w świat jak z „W 80 dni dookoła świata”, nie przegapcie. Niesamowita kamienica, pełna sztuki ze wszystkich zakątków świata, a w piwnicy prawdziwa perełka – oryginalny egipski alabastrowy sarkofag, którego sprowadzenie trwało 2 miesiące i które uczczone zostało przez nowego właściciela 3-dniowym przyjęciem dla prawie 1000 gości. I z tego miejsca nie pokażę zdjęć, gdyż aparat oddałam przy wejściu, dlatego koniecznie musicie wybrać się tam sami!


Następna była wizyta w British Museum, niestety niesamowicie krótka (planowane były ponowne odwiedziny), za to uwieńczona miłym spotkaniem. Tam bowiem czekali na nas Natalia, Paweł i mała Kasia, z którymi najpierw wybraliśmy się na pieszą wycieczkę po Londynie, a później samochodową. Odwiedziliśmy Soho z Chinatown, skosztowaliśmy angielskiego jedzenia (zupa rybna, fish&chips, wątróbka), odbyliśmy nocny spacer po Hyde Parku, zasalutowaliśmy pod Buckingham Palace i zjeździliśmy Londyn wzdłuż i wszerz. Wtedy też mała Kaśka poległa i zasnęła, a my zmuszeni byliśmy dokończyć wieczór tylko we dwójkę. 






Sobotni wieczór na West Endzie, a ja w kaloszach. Z szybkością błyskawicy omijaliśmy kolejne nocne kluby, pod którymi wiły się kolejki eleganckiej młodzieży i przy pierwszej możliwej okazji skręciliśmy w boczną uliczkę. Dosyć szybko znaleźliśmy prawdziwy angielski pub, na parterze pełny i głośny, na piętrze całkowicie pusty. Byliśmy tylko my, dwóch barmanów, którzy polecali nam najlepsze musicale i mała myszka, raz po raz wychodząca ze swojej norki na zwiady (serio, serio). 




Nasi nowi znajomi polecili nam jeszcze klub z muzyką na żywo w Camden, ale zmęczeni po całym dniu, postanowiliśmy wrócić ostatnim metrem (a potem autobusem) do Eltham. Wtedy też stwierdziliśmy: jak cudownie byłoby pomieszkać tu chociaż z rok ;)


C.d.n.
 Tips:
1) Znajdziecie tutaj.
2) Wstęp do Westminster Abbey kosztuje 18 funtów, tylko osoby, które chcą się pomodlić, wchodzą za darmo. Ponadto krąży legenda, iż wstęp od godziny 17 jest darmowy dla wszystkich, niestety nie udało się nam jej potwierdzić.
3) Wstęp do wspomnianych w poście przybytków był darmowy, jak do większości muzeów i galerii w Londynie.
4) Ten klub w Camden to KoKo, regularnie odbywają się tam koncerty na żywo, najczęściej rockowe.
5) Nazwy baru z myszka nie zapamiętałam, ale może lepiej dla myszki ;)

Przeczytaj również

21 komentarzy:

  1. Szczerze podziwiam Waszą niekończącą się energię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba nas bylo widziec po powrocie do domu ;)

      Usuń
  2. czyli doświadczyliście iście angielskiej pogody, odwiedziliście osławiony Notting Hill i nie udało Ci się umieścić aparatu w sarkofagu :), ale mam nadzieję - kompanów też tam nie zostawiłaś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kompan sie za bardzo bronil i ludzi bylo troche za duzo ;)

      Usuń
  3. cudowna wycieczka :) zazdroszczé :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak sobie myślę,że Londyn to takie miasto, które się albo kocha albo nienawidzi. Ja nie byłam to zdania nie mam, choć przeraża mnie ten chaos, tłumy i pogoda.A jadąc z takiego raju jak Szwajcaria to musi być jeszcze większa trauma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy dzien naprawde byl niefajny, ale to chyba z winy bolacej glowy. Drugiego dnia juz sie zakochalismy bez pamieci :)

      Usuń
  5. tort z Patisserie valerie? na Londyn to i kilka lat za malo, on sie ciagle przepoczwarza. piekne zdjecia, swietnie oddana atmosfera miasta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje za komplement :) Londyn mnie oczarowal, mam nadzieje, ze jeszcze nie raz bede miala okazje, zeby go lepiej poznac.
      Co do tortu, wiem tylko tyle, ze zamowiony. Nie wiem jednak, gdzie.

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. W ogóle to dziwne, że Philipp nie chciał tam zamieszkać i dał się wyciągnąć ;p

      Usuń
    2. NO dziwne, dziwne, jakos po godzinie go wyciagnelam :D

      Usuń
  7. Fajnie, cieszę się, że Londyn Ci się podobał, widać to po zdjęciach!
    Mi ostatnio zwinęli sprzed nosa bilety za 38zł :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, w koncu sie zakochalam, ale ta milosc rodzila sie w bolach ;))
      Niefajnie z tymi biletami, ale niedlugo na pewno jakies znajdziesz

      Usuń
  8. Bardzo fajny i na pewno przydatny wpis, mam nadzieję, że z wiadomych powodów już niedługo do niego wrócę (ale cii!) :D Piękne zdjęcia! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki i tez mam nadzieje, ze juz niedlugo bedziesz musiala do niego wrocic :))

      Usuń
  9. Z Europejskich dużych metropoli Londyn jest moim ulubionym miastem. Mimo wielkości i ruchu jaki tam panuje jakoś tak czuję się komfortowo. W Londynie bylem 3 razy: w 2009 na imprezie integracyjnej w hotelu Hilton (!!) ale to tylko weekend, w 2010 turystycznie 3 dni i w 2012 wracając z saksów miałem przesiadkę w Londynie i czekając na poranny autokar do Polski całą noc spędziłem nad Tamizą (sierpień) dzięki czemu poznałem real night life in London - jak zwiedzać to nocą i z aparatem!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Dziękuję za ciekawy opis wycieczki po Londynie i przede wszystkim za informacje o Sir John Soane´s House. Byłam w Londynie 2 razy nikt mi nie powiedział, że to miejsce trzeba zobaczyć. Przy następnym wyjeździe na pewno tam się wybiorę.

    OdpowiedzUsuń
  11. Podróże w przystępnej formie
    Fajny opis i wspaniałe fotki. My mieliśmy szczęście i przez całe 9 dni w Londynie padało tylko dwa razy.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku, zanim pobiegniesz dalej, pozostaw po sobie komentarz. Pozwól nam porozmawiać, inaczej ten wpis zostanie zwykłym monologiem. A mi zależy na Twojej opinii!