Na końcu świata w Ligurii

środa, sierpnia 20, 2014 Kasia na Rozdrożach 16 Comments


Odwiedziny mojej siostry to świetna okazja, żeby odbyć wspólną podróż. Byliśmy już razem w Andaluzji (dwa razy), byliśmy we Włoszech nad boskim Lago Maggiore. Tym razem zdecydowaliśmy się na… Włochy po raz kolejny! Czasu było mało (4 dni), ale zamarzył mi się wypad nad morze. Śródziemne oczywiście. Oczywiście w Ligurii.

Dlaczego Włochy? Bo graniczą ze Szwajcarią, bo makaron i pizza, bo moooorze, bo słońce, bo taniej, bo pięknie.

Tym razem zamiast w trójkę, mieliśmy wybrać się w czwórkę, świętując tym samym nowego członka bandy – Łukasza! Niedzielnego wieczoru, kilka dni przed planowanym wypadem, spontanicznie (nad ginem z cukrem pudrem i domowym flammkuchen) dołączyły trzy kolejne osoby – kuzynostwo i szwagier!

Początek tygodnia spędziliśmy w stanie pozytywnego oczekiwania, ale wtedy padło pytanie. To pytanie: Rezerwowaliście? Jako organizatorka trochę się speszyłam, ale odpowiedziałam zgodnie z prawdą: nieee, no po co?

W końcu nadszedł czwartek – wyjeżdżamy! Najpierw droga nad Bodeńskim, potem zaraz obok Księstwa Liechtenstein, przez przełęcz San Bernardino (nigdy przez Gotthard! – ogromne korki) i potem już prościutko na Genuę.

Na którymś z postojów padło kolejne trudne pytanie: dokąd właściwie jedziemy? No tak, wymyśliłam, że powinniśmy zatrzymać się gdzieś pomiędzy Genuą a Cinque Terre, ale gdzie dokładnie? Gdziekolwiek! Nakarmiliśmy nawigację nazwą pierwszej lepszej wioski na wybrzeżu i ruszyliśmy.

Pierwszy przystanek – miasto Chiavari. Przepiękne za dnia (i puste, i smutne w piątkowy wieczór). Pierwszy camping – w mieście, niewielki parking oddziela go od skalistej (bo nawet nie kamienistej) mini-plaży. Faceci wychodzą na zwiady i wracają zniesmaczeni. Tak zniesmaczeni, że za żadne skarby nie chcą zapytać o koszty i wolne miejsca. Nawet orientacyjnie: nie i już!

Ok, jedziemy dalej. Po campingach ani śladu (wprawdzie są jakieś znaki, ale prowadzą do nikąd…), Kasia zaczyna się zastanawiać, czy to naprawdę był dobry pomysł i nagle: znak prowadzący do dwóch campingów. Jedziemy. I jedziemy. I jedziemy. Po lewej chaszcze, po prawej pole. Jakaś kobieta na rowerze widząc nas, zawraca i pedałuje z powrotem. A my jedziemy. W końcu jest: Santa Vittoria. Kuzynka wpada w panikę, bo camping znajduje się dokładnie na końcu świata (a nie 5 minut od morza jak głosi strona internetowa). No nic, uspokajamy panikarę i idziemy „obczaić teren”. Na recepcji wita nas chłodne „buon giorno” pani z roweru i… cisza. A raczej trajkotanie, jednak nie do nas, tylko do koleżanki. Czekamy, czekamy, czekamy, w końcu postanawiamy zrobić zdjęcie cen za nocleg (wysokie!) i jechać dalej celem porównania. I nagle ciszę (trajkotanie) przerywa krzyk. Pani od roweru zauważa nas i wrzaskiem informuje, że nie wolno robić zdjęć. Próbujemy wytłumaczyć, spokojnie, dlaczego, a po co, a co i jak. Pani nie słucha. Krzyczy. Podziękowaliśmy. Ruszyliśmy w drogę. W drodze wdaliśmy się w pyskówkę (bo pani nadal krzyczała) we wszystkich możliwych językach (niemiecki, angielski, polski, a pani włoski) i obiecaliśmy, że polecimy ją w internecie. Zadziwione towarzystwo przy samochodach informujemy, że to jednak nie jest camping dla nas. Ale Wam polecamy!!! ;)

Ok, żarty na bok. Kuzynka chce się kąpać, a dzień coraz starszy. Jedziemy dalej, bo drogowskaz wskazywał dwa campingi. Jedziemy, a otoczenie staje się jeszcze bardziej dzikie. Droga coraz bardziej wąska i poharatana (przydałby się jeep). My coraz mniej pewni siebie. I w końcu jest!

Camping Fondeghino. Uwierzcie, takiego miejsca nie widzieliście w najgorszym śnie. Roztrzaskana brama, po lewej buda-barak z wybitym oknem, po prawej namiot w strzępach. Gdzieś w tle jacyś ludzi, jakiś ogromny pies, i nieprzebyte chaszcze.

Drogi Stephanie Kingu, jeśli kiedykolwiek zabrakłoby Ci weny, jedź na camping Fondeghino (Sestri Levante). Uwierz, że nie pożałujesz!
Ja żałuję tylko tego, że nie mogłam wysiąść i porobić zdjęć (bałam się troszku ;)), atmosfera była niesamowita!

Gdy wróciliśmy do głównej drogi, szybko znaleźliśmy kolejny camping. Cena przystępna, camping w miarę fajny, miejsce na namioty – beznadziejne. Po środku klepiska, w samiutkim słońcu, na klepisku porozrzucane dziecięce buty. Mnóstwo dziecięcych butów. Jedziemy dalej!

I w końcu mamy. Wygląda zachęcająco, na zboczu, wśród drzew.  Miła właścicielka mówi po angielsku (jak się okazało, jako jedyna z ekipy, w końcu wszyscy goście to Włosi). Miejsce również na zboczu, żadnych sąsiadów w linii prostej i przepiękny widok. Na miasteczko, na skałę wyłaniającą się z morza. I na stocznię, która powitała nas bardzo niesamowitymi odgłosami (słyszeliście kiedyś odgłosy powstające przy budowaniu ogromnego statku? Znowu coś dla Kinga!). I kiedy właścicielka zapewniła nas, że wystarczy tylko zejść ze zbocza, aby znaleźć się na plaży, zaczęliśmy rozstawiać namioty. A raczej panowie zaczęli. Panie udały się w tym czasie po prowiant, do jedynego sklepu w miejscowości. Miejscowości portowej, ze straszącą opuszczoną fabryką z powybijanymi szybami, z panami w roboczych ubraniach pijących popracowe piwko i zasuszonym mięsem za ladą w supermarkecie. Gdy jednak przymknąć oko na odrapane fasady, całkiem urocze miejsce. Miejsce, bo nazwy nie znamy.

Po urządzeniu się na campingu i szybkim grillu (z kiełbasą przywiezioną z domu) idziemy na plażę. W końcu! Odbijamy sobie te wszystkie szare i zimne szwajcarskie dni i wieczory. Pływamy, walczymy z falami, robimy głupie miny do obiektywu, rzucamy frisbee i przyglądamy się zachodzącemu słońcu. W końcu odwiedzamy bar na plaży, z którego wychodzimy z dużymi butlami piwa. Hiszpańskiego San Miguel! A także bogatsi o wiedzę zdobytą od zdumionej kelnerki – jesteśmy w Riva Trigoso! Siedzimy długo po zachodzie słońca i  następnego dnia budzimy się (prawie) wszyscy z przeziębieniem złapanym od szwagra (czy facet kuzynki to mój szwagier?). Ale warto było!  A to jeszcze nie koniec!   

Podsumowując pierwszy dzień: jeśli zamarzą Wam się namioty w Ligurii, mam nadzieję, że wybierzecie camping La Pineta. Pyszne jedzenie (dziwnym trafem, na włoskich campingach jedzenie jest wyśmienite!), piękne widoki (na morze i na stocznię), cudne miejsce campingowe i świetny, pomocny personel. 



 











Przeczytaj również

16 komentarzy:

  1. piękne ujęcia! .. czy to Ty wbiegasz do wody Kasia? :^)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już widać, ze widoki piękne, orzeźwiające zachody słońca w morzu, czego chcieć wiecej na wypoczynek? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wlasnie niczego :)))) Swietnie bylo, chociaz krotko :)

      Usuń
  3. hahaha jakiew przygody! W sumie dobrze że nie rezerwowaliście, przynajmniej jest teraz co opowiadać i doradzać / odradzać. Czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciag dalszy nadejdzie ;) A gdybysmy rezerwowali, moze trafilibysmy na ktorys z opisanych campingow? A tak moglismy wybierac i przebierac, i znalezlismy miejsce idealne!

      Usuń
  4. SUper, piękne widoki. Włochy mi w tym roku bardzo w głowie siedzą, to jednak cudny kraj, który dla każdego ma coś miłego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje! Chociaz w moim sercu i tak kroluje Hiszpania, chyba zwlaszcza dzieki jej mieszkancom

      Usuń
  5. cudnie, ze tu trafiłam..w sierpniu wróciłam z Włoch, gdzie m.in trzy wspaniałe dni spędziłam w Ligurii. mam nadzieję, ze wkrótce też u siebie na blogu podzielę się wrażeniami:) Tak jak Ty - za co serdecznie dziękuję:) ...bo Włochy to moja absolutna słabość - mogę jeździć tam non stop:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juz jest nowy wpis!! :)) I lece zajrzec do Ciebie, moze juz cos sie pojawilo? :))

      Usuń
  6. Miejsce wydaje się być całkowicie bezludne, czy to na pewno Włochy a nie koniec świata?! ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale mieliście przygód. Ta skała z krzyżem wygląda identycznie, jak na Krymie, we Fiolencie. Zaniosła nas w te same strony:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj tak, tak - nie ma to jak włoskie wakacje...;) chociaż wasze początek nei jest taki easy italiano..;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No a kto powiedzial, ze ma byc prosto? ;) Ale cudnie sie wszystko udalo :))

      Usuń

Drogi Czytelniku, zanim pobiegniesz dalej, pozostaw po sobie komentarz. Pozwól nam porozmawiać, inaczej ten wpis zostanie zwykłym monologiem. A mi zależy na Twojej opinii!