Ballada o szelmie Victorze

piątek, listopada 21, 2014 Kasia na Rozdrożach 14 Comments


Victor to szelma. Nie wiem, czy to mamuśka go na taką szelmę wychowała, czy dopiero w hiszpańskiej guardii civil tak mu się spryt wyrobił. Kto go tam wie? Ja wiem tylko, że spotkałam go na swojej drodze raz i kolejne dwa tygodnie robiłam wszystko, żeby już go nie spotkać. I najchętniej pogrzebałabym go gdzieś w bardzo niedostępnych zakamarkach pamięci, ale od czego ma się bloga? Właśnie od tego, żeby każdą porażkę nagłośnić, upublicznić, wysłać w świat. Żebym i ja już o tym nie zapomniała, ani Wy. Takie życie.



Historia, którą Wam przedstawię może nie trzyma od początku do końca w napięciu, a i Was samych pewnie gorsze rzeczy w drodze spotkały. Jednak to właśnie Victor i jego nieugięta postawa sprawiły, że miałam ochotę wracać do domu. NATYCHMIAST. Porzucić andaluzyjską hacjendę, widoki z której możecie podziwiać w tym wpisie. Odwrócić się od słońca i biec w stronę jesieni. Olać wszystko i iść do pracy. No ale od początku ;)

Widok z tarasu

Bodajże 19 września roku pańskiego 2014 (w piątek, bo to ważne) wylądowaliśmy na lotnisku w Maladze. Odebrał nas „znajomy“, który zdarł z nas tyle za przewóz, że spokojnie mogę przestać nazywać go znajomym, który nas podwozi ;) Hacjenda teściów (bo do niej się wybieraliśmy) leży w takim miejscu, że ani autobus tam nie dojedzie, ani taksówkarz nie wjedzie, więc siłą rzeczy trzeba kombinować.

Widok z tarasu vol. 2

Ale, dotarliśmy! Bagaż rzucamy w kąt i napawamy się widokiem. Jednak, nie samymi widokami człowiek żyje, przydałoby się cos zjeść (podróż była długa, zamiast z Zurychu lecieliśmy z Genewy, żeby zaoszczędzić na biletach). I to był nasz wyrok. Ale po kolei.

Wsiedliśmy do starego, wysłużonego przez różne szwajcarskie służby, Pucha. (Zdjęcie na samym dole, bo niestety, oprócz samochodu, ukazuje ono tez niedoskonałości mojej sylwetki. Więc może w ogóle nie patrzcie?) Puch nie ma może klimy, jeśli siedzisz z tylu, na dosyć niewygodnych ławkach, może się zdarzyć, ze porządnie obijesz sobie głowę. Ale! Puch ma jedna zaletę, jeszcze nikt nigdy nie wymusił na nim pierwszeństwa. Na południu Hiszpanii, wyobrażacie sobie?

Vol. 3 i sławetna droga

Także wsiadamy do Pucha. Jedziemy do Torrox Costa na zakupy. Przejeżdżamy przez nasze wertepy, gdzie oprócz zdziczałej plantacji awokado i winogron, zdziczałych psów i kotów oraz zdziczałych domostw nie ma za dużo. Docieramy do mocno krętej i długiej drogi prowadzącej do cywilizacji. Już prawie jesteśmy na miejscu, już czujemy zapach churros i owoców morza docierających z licznych restauracji przy plaży… gdy zatrzymuje nas patrol hiszpańskiej guardia civil. A raczej Victor, w towarzystwie kolegów.

Vol. 4

Victor szelma zaczął z uśmiechem i spytał, czy my na wakacjach. Drugie pytanie: a jak dotarliście? No samolotem… I się rozpętało! A samochód skąd? No od taty. A tata gdzie? No raz tu, raz tam… I zanim się zorientowaliśmy (bo głodni i zmęczeni byliśmy, nawet nie pomyśleliśmy, skąd ten small talk!), pisał już raport, że samochód na szwajcarskich blachach, na pewno już dłużej niż rok stoi w Hiszpanii… Do tego zajrzał sobie przypadkiem do samochodu, a tam: maczeta. No prawie. Wielkie nożysko. Zanim wyskoczyłam ze szczerym: to do obrony, Philipp uratował sytuację: liście palmie obcinaliśmy i się zawieruszył. Victor machnął ręką. Przynajmniej to.

Vol. 5

Nie machnął jednak ręką na raporty, których zgodnie nie podpisaliśmy. Raz, bo hiszpańskiego nie rozszyfrowaliśmy, dwa, ze stwierdziliśmy, iż angielski to wierutne bzdury. Niestety musieliśmy w ciągu 5 dni odwiedzić Malagę. Malagi nie mogliśmy odwiedzić, bo samochód nie mógł być zarejestrowany w Hiszpanii, a i sprawa z ubezpieczeniem nie była do końca wyjaśniona. Nie wspominając już o tym, ze szelma Victor miał ogromna frajdę mówiąc, ze nie potrzebujemy tłumacza, bo oni tam po polsku mówią. Tak. Nie. Taki żarcik.

Taki klimat

Victor dal nam numer komory, żebyśmy jak najszybciej podali mu adres pocztowy (nie mamy, co za szczęście), a jego wąsaci koledzy (mówiłam już, że zjechali się chyba w sześciu trzema furami?) patrzyli tylko spod byka.

Ten rok był zdecydowanie bardziej zielony niż wiekszość poprzednich (wypalonych słońcem) lat


Ok, po może 2 godzinach byliśmy wolni. Zrobiliśmy zakupy, wróciliśmy do domu, próbując nie spotkać Victora. I wszystko byłoby ok, gdybyśmy nie musieli już więcej używać tej drogi. Jednak jeśli chcecie gdziekolwiek dojechać, musicie jechać przez rondo. Na którym chętnie stoi Victor. No nic, ta opowieść mogłaby się ciągnąć godzinami, wiec skracamy. W sobotę decyzja była podjęta: musimy wynająć samochód. Przez neta się nie udało (musielibyśmy czekać nie wiadomo ile na potwierdzenie), wiec wybraliśmy się w drogę do Malagi. W letnich ciuchach. Z cieniuteńkim szalem, który miał mnie chronić przed słońcem. Zeszliśmy do drogi (inaczej nie dostaniesz się do miasta) i złapaliśmy stopa, bo nie widział mi się spacer po serpentynach bez pobocza. Miły Duńczyk zawiózł nas pod sam przystanek, autobus podjechał szybko. Jesteśmy w Maladze. Auta… drogie. Jedziemy na lotnisko. Na lotnisku tanio, ale jak przychodzi do płacenia – drogo. Ok, bukujemy przez neta. Musimy czekać do 23, ale zaoszczędzimy kokosy, idziemy na piwo. Punkt 23 odbieramy samochód. Albo prawie. Pani chce zabezpieczenia na karcie kredytowej – no pewnie. No problem. Karta nie idzie, wyczerpaliśmy limit (ustawiony jeszcze za studenckich czasów). Zonk. O 24 zamykają, pani z Visy mówi przez telefon, że maja problemy techniczne, więc limitu nie zmieni (wydajemy kokosy na połączenia telefoniczne do Szwajcarii). Kilka minut przed 24 pani z wypożyczalni lituje się i prosi strażnika, żeby wpuścił nas do hali przylotów. 2-3 godziny obchodzimy wszystkie wypożyczalnie. Biorą Maestro, ale nie szwajcarskie. Biorą wszystkie karty płatnicze, ale nie Maestro. Biorą kartę kredytową. Tylko. (Co nie byłoby problemem, ale zapłaciliśmy już online, wiec limit zjechał na zero przecinek zero). Biorą gotówkę, ale z zabezpieczeniem na karcie. Itd.


Nasz ekskluzywny widok na Morze Śródziemne

W ostateczności… śpimy na lotnisku. Jest zimno, okropnie, próbujemy się okryć moim letnik szalem. W międzyczasie próbujemy dodzwonić się wszędzie, gdzie się da. Wydajemy kolejne fortuny na automaty (kasa na komórkach już się skończyła). Czekam na odpowiedz od Visy rano – awaria może potrwać do poniedziałku.

Coś się zbiera!

Ok, wracamy. Pierwszym autobusem do Malagi. W Maladze czekamy 2 godziny na autobus do Torrox, bo nie jeździ normalnie. Jest niedziela. W barze przy dworcu oglądamy wschód słońca i raczymy się najpyszniejszymi na świecie chocolade con churros (polecam ten bar!!!).

Hacjenda 


W Torrox idziemy do Niemca-zdziercy i bierzemy najgorszy samochód świata. Za gotówkę. Dużą. Wracamy do domu i najpierw nie mam ochoty na nic. Ale chociaż widoki ładne.

Fura wynajęta cudem, która jednak cudem motoryzacji nie była

Nasza fura! (Nie, nie jestem w ciąży, po prostu tak mi się stanęło i wypięło ;))

Konkurs!!!!! Jeszcze kilka dni!

Przeczytaj również

14 komentarzy:

  1. Ciekawa eskapada :) super zdjęcia. Przyznam, że z chęcią tam bym się znalazł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaah, ale nie na moim miejscu w tamten weekend, uwierz ;) Na szczescie udalo sie jeszcze wszystko uratowac :))

      Usuń
  2. O jak nie lubię takich niespodzianek...Ale za to jakie zdjęcia pięknie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To byla po prostu kumulacja pecha, brrr. Chociaz to... no i wspomnienia tez piekne! ;)

      Usuń
  3. hehehe....to się Wam trafiło..:) ALe tak czy siak, widoki piękne!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To najwazniejsze :P
      Ale mam nadzieje, ze kiedys Victora zapomne :D

      Usuń
  4. No to Was nieźle szelma Victor załatwił... dobrze, że przynajmniej o maczetę się nie uczepił !

    Myślę jednak, że te wszystkie widoki rekompensują te przykre przygody.... Pięknie ! Można, by tylko tak siedzieć na tym tarasie i podziwiać... Magia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj dokladnie. Jak ja wyciagnal z tej kieszonki w drzwiach... myslalam, ze padne!
      Siedzielismy i podziwialismy na szczescie, ale akurat naprawde nie potrzebowalam Victora, tylko odpoczynku!

      Usuń
  5. Doskonałe!
    Warto było czekać na perypetie z wąsaczem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah, no to sie ciesze, ze chociaz kogos to cieszy :D:D

      Usuń
  6. Kasiu, dostałaś na maila ode mnie zdjecie? bo pisałam pod poprzednim wpisem, ale nadal nie wiem czy doszło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo juz sie dogadalysmy :) Sorry, Agnieszka, ale nie bylo nas :))

      Usuń
  7. Jak coś nas nie zabije to nas wz... :-)
    A zdjęcia i krajobrazy-> super... Nie mogę się napatrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak cos nas nie zabije, to nas wk... ;)))
      Dziekuje, dziekuje, patrz, ile wlezie! :)

      Usuń

Drogi Czytelniku, zanim pobiegniesz dalej, pozostaw po sobie komentarz. Pozwól nam porozmawiać, inaczej ten wpis zostanie zwykłym monologiem. A mi zależy na Twojej opinii!